
„Wszyscy pragniemy szczęścia i bardzo o nie zabiegamy. Ale kiedy już przyjdzie, zaczynamy rozglądać się trwożnie za rachunkiem, jaki nam przyjdzie za nie zapłacić.”
„Życie jest uporczywym mocowaniem się z siłami, których nie pojmujemy.”
Jonathan Caroll otworzył sobie drzwi do mojego serca powieściami: "Kraina Chichów", "Głos naszego cienia". Co tu dużo mówić, zdobył mnie swoim ciekawymi tytułami, wątkami, książkami, no i nieskończoną ilością pozytywnych recenzji. Autorowi nie można odmówić własnego stylu, wyobraźni i talentu. W każdej książce jest dla nas coś nowego, innego, ale jak udało mi się zauważyć opartego na podobnym schemacie. Caroll dostarcza nam prosty, ciekawy wątek, potem fabuła się łamie, kruszy, pęka i jednocześnie wybucha, a my czytamy książkę z podziwem i wulkanem emocji.
W kolejnej pozycji Carolla, która wpadła w moje ręce będzie całkiem inaczej. Dostaniemy dziwną historią prosto w twarz na pierwszych stronach, potem dopiero powieść przybierze bardziej normalne wymiary, a w zakończeniu... już nic nas nie będzie dziwić. Każdy bohater w tej książce jest głównym bohaterem, każdy element tej powieści jest najważniejszym elementem. O czym w takim razie jest? O oczekiwaniu, nieświadomości i ... śmierci. Mimo poważnych tematów, jakie podejmuje Caroll, ta książka nie jest zarezerwowana tylko dla najbardziej inteligentnych czytelników. Ma nietypową fabułę, ale narracja prowadzona jest przystępnie, lekko, jakby mowa była o kwiatkach, łąkach i przepisie na ciasto dyniowe. Autor bawi się z nami, jak z dziećmi wodząc raz na wysepkę zadowolenia, raz na wielką wyspę zwątpienia, ciągle prowadząc po swoim świecie i ciągle pokazując coraz to ciekawsze miejsca. Tą książkę zamyka się z lekkim uśmiechem i nowo pozyskaną energią na działanie. W jakimkolwiek kierunku. Brzmi dziwnie, tym bardziej, że książka jest o Śmierci. Tutaj oczywiście trafi swoją kosę, czarny płaszcz i kościotrupi wygląd, ale zyskuje ludzką twarz i wszystkie najgorsze ludzkie cechy. Cóż nie jest gorsze od człowieka posiadającego wielką, nieograniczoną władzę?
Podsumowując, "Na pastwę Aniołów" trafia na listę moich ulubionych książek. A Jonathan Caroll, jako pisarz zyskuje coraz więcej w moich oczach. Wciągająca, inspirująca powieść- wszystko to, czego oczekujemy od dobrej książki.
"Życie z dala od domu przypomina unoszenie się ponad ziemią w balonie wypełnionym gorącym powietrzem - powiedzmy trzydzieści stóp nad gruntem. Wznosisz się jeszcze trochę - czterdzieści stóp i perspektywa jest zgoła inna, chociaż elementy krajobrazu są wciąż rozpoznawalne. Żeglujesz ponad ludźmi i możesz pochwycić oraz rozszyfrować strzępki rozmów czy polatujące ponad ich głowami oddzielne słowa, a nawet całe frazy, ale nie pojmujesz istoty rzeczy. Świat staje się inny, kiedy doświadczasz go z innego punktu widzenia. W Ameryce (...), czuję się niczym ryba w wodzie i nie potrzebuję obserwować otoczenia zbyt bacznie. Tutaj natomiast bardziej jestem zmuszona właśnie do przyglądania się wszystkiemu niźli do słuchania, jeżeli słucham, to raczej "rzeczy", a nie języka"
10/10; 5/5; 6/6
:) jak kto woli.
:) jak kto woli.
moja przygoda z carrollem zaczęła się właśnie od "na pastwę aniołów".
OdpowiedzUsuń na zawszei tak od tej pory- ta miłość do jonathana trwa i trwa ;-)
przystanek w wiedniu na pewnym etapie życia zrobiłam sobie właśnie przez tego pana ;-)
Veronica: właśnie mnie przez niego bierze na Wiedeń, przeglądam wycieczki, groupony...
OdpowiedzUsuń na zawszeO tak! Zgadzam się w 100%z tą opinią :) i polecam
OdpowiedzUsuń na zawsze"Białe Jabłka" ;)